O. Kwiecień o płycie

Opublikowano przez : 29 Sie 2013 w Recenzje | 0 komentarzy

Dzisiejsze czasy nie sprzyjają kościelnej muzyce. W epoce wszechobecnych dźwięków, kiedy muzyka dyktuje nastroje i humory, kiedy większość ludzi nie może się bez niej obejść (a przynajmniej tak się zdaje), muzyka kościelna – jak każda muzyka podlegająca tym samym prawom, a jednocześnie tak inna ze względu na swe przeznaczenie – ma się marnie. Nie myślimy też o niej. Raczej przyjmujemy, że jest pożyteczna – i przestajemy nad nią się zastanawiać. Traktujemy ją często – zwłaszcza księża – jako niekonieczny ozdobnik tekstu, który przecież można przeczytać. Może jesteśmy zbyt bezkrytyczni? Może nasze czasy nie doceniają kościelnej pieśni, ulegając zbytnio modom, chęci, by było „przyjemnie”, bo przecież po to jest muzyka… Warto więc na chwile, bez zniecierpliwienia, że ktoś rozszczepia włos na czworo, posłuchać tych, którzy liturgiczną muzykę nie tylko wykonywali, żyli nią, czerpali z niej, ale – co dziś rzadsze – poważnie o niej myśleli. Pozwólmy więc mówić wymownym świadkom, pozostawiając sobie tylko obowiązek krótkiego komentarza.

*****

“Przyjemności uszu mocniej mnie oplątały i ujarzmiły, aleś mnie rozpętał i wyzwolił. Przyznaję, że i teraz w jakiejś mierze ulegam słodyczy kunsztownego śpiewu, któremu nadają życie wersety będące twymi słowami. Lecz nie aż tak się poddaję, bym nie był zdolny się od tego oderwać i odejść gdy zechcę. A jednak ze względy na owe wersety, które je ożywiają, dźwięki te zdają się mieć prawo do zajmowania w moim sercu dosyć szacownego miejsca. Trudno jest  jednak rozstrzygnąć jakie miejsce się im należy. Nieraz sobie myślę, że czczę je bardziej niż powinienem. Wiem, że święte wersety, kiedy są śpiewane budzą we mnie silniejszą i gorętszą pobożność niż mogłaby się we mnie zapalić, gdyby nie były śpiewane.  I że każdemu wzruszeniu mojej duszy odpowiada wśród rozmaitości tonów, jakiś ton szczególny, który tajemniczym pokrewieństwem jest z owym wzruszaniem związany. Ale jednak nie należy pozwolić, żeby ta zmysłowa rozkosz obezwładniała umysł. A ona mnie nieraz wodzi na bezdroża, gdyż nie zawsze chce się zgodzić na to, by zajmować drugie miejsce po rozumie. Skoro ja dopuściłem, aby towarzyszyła rozumowi, ona próbuje wysunąć się na przód i objąć przewodnictwo. I nieraz przez to nieświadomie grzeszę, dopiero potem to sobie uświadamiam. Innym znów razem bojąc się nadmiernie owej pułapki, mało grzeszę przesadna surowością. Wtedy, gdy owe słodkie melodie, jakie się dołącza do psalmów Dawida chciałbym odegnać od swoich uszu i nawet od uszu Kościoła. Bo bezpieczniejsze mi się wydaje przestrzeganie poleceń biskupa Aleksandrii Atanazego, który ponoć nakazywał lektorom czytać psalmy z tak nieznaczną intonacją, by rytm był bliższy mowie niż śpiewowi. Kiedy jednak przypominam sobie łzy, jakie wylewałem, słuchając śpiewu Twojego Kościoła w pierwszym okresie po odzyskaniu przeze mnie wiary, a teraz wzruszam się już nie samym śpiewem, ale rzeczami, które się śpiewa, gdy czystym głosem są śpiewane na najbardziej odpowiednią melodię, znowu przyznaje temu obyczajowi wielką pożyteczność. Waham się więc między wyczuleniem na niebezpieczeństwa, a uznaniem zbawiennego wpływu, jakiego sam doświadczyłem. Nie chce wypowiadać na ten temat nieodwołalnej opinii. Coraz bardziej jednak skłaniam się do pochwalenia tego obyczaju, że śpiewa się w kościele, aby poprzez przyjemności uszu mogła słabsza dusza wznosić się do stanu pobożności. Poczytuję to sobie jednak za karygodny grzech ilekroć tak się zdarza, ze bardziej mnie porusza sam śpiew, niż to, o czym się śpiewa. Oto, w jakim teraz jestem stanie. Płaczcie teraz nade mną, wy, którzy macie w sobie iskrę tego dobra, z którego dobre uczynki powstają. Bo jeśli nie spełniacie dobrych uczynków, cóż was może to wszystko obchodzić”.

To św. Augustyn, w pisanych około 400 roku słynnych „Wyznaniach”. Zdawałoby się zbyt krytyczny wobec kościelnej muzyki. Któż się dziś zastanawia, tak jak on, czy pieśń nie oddala czasem od celu Bożej służby, skupiając uwagę człowieka na swym własnym pięknie. Czy święty biskup nie był przesadnie surowy? Czy podświadomie nie decydowała tutaj zaszczepiona w młodości manichejska nieufność wobec wszystkiego, co zmysłowe? A może całkiem inaczej? Augustyn wspomina przecież ową katharsis, jaka dokonywała się w jego sercu pod wpływem pieśni śpiewanych przez mediolański Kościół, któremu pasterzował wówczas biskup Ambroży: prawnik, polityk, teolog, poeta i święty. (To Ambrożemu było dane ochrzcić w  końcu Augustyna). Może była dlań bezcenna, skoro tak przemożnie wpływała na słuchacza?

Może właśnie dlatego, że była dlań złotem, wymagała właściwej obróbki, by właściwiej uchwycić klejnot Słowa Bożego, by mógł on rozbłysnąć jeszcze piękniej w tym jednym pierścieniu ślubnym Chrystusa i Kościoła, jakim jest liturgia? Niech rozstrzygnie czytelnik i badacz pism Ojców, ja jednak utrzymuję, że jest złotem. I jak każdy skarb wymaga miłości, ale i wolności. Można się weń zapatrzeć tak, że zapomnimy o Dawcy piękna. Można w nim jednak widzieć odblask Boga, jedynej Piękności wiecznej i wciąż nowej. Można w niej usłyszeć i wyrazić najgłębszą tęsknotę ludzkiego serca. Tęsknotę za Jedynym, Pięknym i Dobrym – Stwórcą wszystkiego, Tym, który jest moim Źródłem, Przyczyną mojego istnienia. Kiedy śpiewam, kiedy słucham, zbliżam się do Niego. Rozdmuchuję w sobie samym iskrę tego dobra, z którego dobre uczynki powstają. Źli ludzie nie śpiewają.

*****

Drugie świadectwo jest późniejsze o 800 lat bez mała. Klasztor benedyktynek w niemieckim Eibingen, znalazł się w konflikcie z prałatami z Moguncji. Typowa kościelna burza w szklance wody zaowocowała zakazem śpiewania przez mniszki uroczystej liturgii. Ksieni i założycielka opactwa, słynna Hildegarda, jako wierny członek Kościoła zrobiła dwie właściwe rzeczy. Po pierwsze, poddała się niesprawiedliwej karze. Po drugie, napisała do prałatów list, wykazując ich błąd. Sposób skuteczny, bo kościelny dostojnik po otrzymaniu listu zdjął sankcję.

W liście tym Hildegarda pisze, czym jest muzyka dla Kościoła. I wywodzi swoją opowieść od pierwszego rodzica i świata sprzed upadku.

Adam stracił więc podobieństwo do głosu anielskiego, którym odznaczał się w raju i „zaspał” wiedzę, którą był obdarzony przed grzechem, niczym człowiek po przebudzeniu nieświadomy i niepewny tego, co we śnie widział. Zwiedziony przez podszept diabelski przeciwstawił się woli swego Stwórcy i z racji swojej nieprawości został zepchnięty w mroki niewiedzy.

 

Bóg zaś, który napełnia dusze wybranych światłem prawdy i prowadzi je do pierwotnej szczęśliwości, w swoim zamyśle postanowił, że ilekroć dusze wielu będą odnawiane przez wlanie Ducha proroczego, wewnętrzne oświecenie pozwoli im odzyskać część tej wiedzy, którą Adam miał przed karą za swój występek.

 

Aby zaś ludzie mogli przypominać sobie w  miejscu wygnania o słodyczy i uwielbieniu, które przed upadkiem  Adam miał wspólne z aniołami i aby do tych spraw byli pociągani, ci sami święci prorocy wymyślali nie tylko psalmy i kantyki, które śpiewa się dla rozpalenia pobożności słuchaczy, ale i rozmaite instrumenty muzyczne, które wydają wielorakie dźwięki. Dokonali tego z tym zamiarem, aby, jak powiedziano, za pośrednictwem zarówno kształtu i rodzaju instrumentów, jak i znaczenia śpiewanych słów, słuchacze, zachęceni i pouczeni przez to, co zewnętrzne, zdobyli wiedzę o rzeczach wewnętrznych.

 

Naśladując świętych proroków, ludzie pilni i mądrzy wynaleźli ludzką sztuką różne instrumenty, aby grać ku radości duszy. Dostosowali instrumenty do gry za pomocą zginania palców, przypominając sobie, że Adam został uformowany przez palec Boży, czyli Ducha Świętego.

 

 A w głosie Adama przed upadkiem rozbrzmiewała słodycz wszelkiej harmonii i całej sztuki muzycznej. Gdyby Adam pozostał w stanie, w którym został ukształtowany, słabość śmiertelnego człowieka w żaden sposób nie mogłaby znieść mocy i dźwięczności jego głosu.

 

Gdy zaś jego zwodziciel, diabeł, usłyszał że człowiek z natchnienia Bożego zaczął śpiewać i przez to przypominać sobie słodycz pieśni niebiańskiej ojczyzny, ujrzał, że jego przemyślne knowania idą na marne. Tak się wówczas przestraszył, że niemałego stąd doznał niepokoju i odtąd na wiele sposobów rozwija swoją przemyślność, aby zakłócić albo wyrwać wyznawanie i piękno oraz słodycz Bożej chwały – nie tylko z serca człowieczego przez złowrogie podszepty, nieczyste myśli albo rozliczne zajęcia, ale i z ust Kościoła, gdy tylko może, przez rozłamy, zgorszenie albo przygnębienie.

Chyba każdemu zdarzyło się mieć w nocy piękny sen, którego po przebudzeniu mimo wysiłków nie potrafiliśmy wywołać z głębin niepamięci. Zostawała tylko czarowna aura i żal, że nie udało się go ocalić. Do tego doświadczenia porównuje Hildegarda czasy przed upadkiem i nasza grzeszną współczesność. Z jedną wszakże różnicą. Ten sen był o wiele bardziej rzeczywisty niż to, co nam się realnością zdaje. Przed upadkiem Adam miał głos piękny i potężny. Taki, że uczestnik skarlałej w grzechu ludzkiej natury nie byłby w stanie go słuchać. Ale kiedy upadłe dzieci Adama śpiewają Bogu na chwałę, przywracają coś z dawnej świetności człowieczego głosu i natury jeszcze grzechem nie dotkniętej. Śpiew jest lekarstwem na grzeszną amnezję karła, który był gigantem. I wciąż chce nim być, chce powrócić do minionej wielkości. Do snu, który istnieje bardziej, niż to co postrzegamy jako istniejące. Jakże nie śpiewać, skoro Duch Święty przypomina nam poprzez śpiew i grę na instrumentach, skąd pochodzimy, jaka jest nasza pierwotna wielkość. To nie przypadek, że w Ordo Virtutum, liturgicznym dramacie napisanym przez Hildegardę, diabeł jest jedyną postacią, która nie śpiewa. Pieśń jest mu obca. Zły nie śpiewa.

******

Mimo 800 lat różnicy w czasie, mimo rezerwy Augustyna i entuzjazmu Hildegardy, oboje wiedzą: muzyka jest ikoniczna – obrazuje rzeczy niewyrażalne, wyraża zmysłowo sprawy duchowe. I przemienia tych, którzy z nią obcują. Dla nas, współczesnych, zwyczajnych jej konsumentów, najczęściej jest po prostu przyjemna. I właśnie – jesteśmy jej konsumentami. Nie tworzymy jej już. A twórcą jest nie tylko ten, kto układa nuty. Twórcą jest również ten, kto je gra lub śpiewa. Nikt z nas nie śpiewa tak samo, jak nikt nie odmawia tak samo „Ojcze nasz”. Słowa są te same, nuty są te same. Serca śpiewające są różne, jak różne jest granie tych samych nut przez różnych artystów. Każdy przeprowadza partyturę przez swoje wnętrze: przez rozumienie, wrażliwość, umiejętności. Gdyby było inaczej, nie organizowano by konkursów szopenowskich.

I jest coś jeszcze. W tym, kto naprawdę muzykę tworzy, woła tęsknota. Odwieczne, wszczepione przez Stwórcę wołanie stworzenia za Swoim źródłem i szczęściem. Wołanie, które przybliża do Tego, za Kim –  często nieświadomie – tęsknimy. Tak zwyczajnie i po prostu wyraził to Autor tej płyty, kiedy powiedział mi jakiś czas temu: „To nie ja, Paweł, sam z siebie, tęsknię za Panem Bogiem, ale Duch we mnie woła i upomina się o Chrystusa dla mnie, ciągle… fantastyczne!” Pełna tęsknoty jest muzyka Pawła Bębenka. Oby słuchacze tej płyty stali się również twórcami, oby wyraziła i pogłębiła ich tęskne wołanie za Tym, który jest Dobry.

close
Facebook IconYouTube IconTwitter IconOdwiedź mój blogOdwiedź mój blog